Elyta i wykształciuchy

Doszliśmy do etapu, o którym marzy każde nowoczesne społeczeństwo – zdecydowana większość obywateli może się poszczycić wyższym wykształceniem. Jednocześnie, nazwanie kogoś intelektualistą lub członkiem intelektualnej elity staje się jedną z bardziej powszechnych obelg. Czy to dlatego, że nie lubimy mądrali i kujonów? Powodów jest znacznie więcej – zastanówmy się zatem dlaczego magistrowie poważnych uczelni wierzą, że ziemia jednak może być płaska, a wykształcenie nie ma już nic wspólnego z mądrością.

Rodzice większości z nas namawiali do dobrego zdania matury i podjęcia studiów – to miało nam zagwarantować dobrą pracę za dobre pieniądze na szanowanym stanowisku. Magistrowie jednak nierzadko pracują jako sprzedawcy w dyskontach i kelnerzy w fast-foodach, a pracodawcy wyrażają tęsknotę za absolwentami zawodówek i techników, „mających fach w ręku”. Mimo to nadal wszyscy posyłają dzieci do liceów i na studia, co sugerowałoby, że wykształcenie jednak jest w cenie.

Tymczasem…

Politycy wyzywają oponentów od wykształciuchów i łże-elit. W świat idzie przekaz, że wykształcenia należy się wstydzić. Sikorski był na Oksfordzie? Lud tego nie kupi, lepiej go nie wystawiać na listę. Bartoszewski się wymądrzał i wtrącał we wszystko, ci wielcy profesorowie naprawdę nie mają kontaktu ze światem. Co prawda Lech Kaczyński był doktorem habilitowanym, ale i tak czasem kogoś obraził i nosił rzeczy w siatce z marketu, a Krysia Pawłowicz jest ponoć profesorem, ale bluzga, wyzywa i szarpie ludzi po sejmowych korytarzach – to takie swojskie, znane i bliskie, że jakoś te tytuły można im wybaczyć.

Ci studenci tylko piją i dewastują mieszkania. Kiedyś to student się uczył i siedział w bibliotece, a teraz ma modne ciuchy i stać go na kawę ze starbucksa, niedopuszczalne. Przedłużają sobie tylko młodość na tych studiach, zamiast się do pracy brać.

Nie dogodzisz. Niemniej, trzeba przyznać, że spadła wartość wykształcenia i mniej je cenimy niż jeszcze 10 lat temu, a tytuł licencjata czy magistra nie gwarantuje, że jego posiadacz będzie chociażby czytał ze zrozumieniem. Co jest temu wszystkiemu winne?

Przyczyna 1 – szkoła

Nie zamierzam się znęcać nad obecną deformą edukacji, bo problemy sięgają o wiele dalej. Nasza szkoła nie uczy potrzebnych rzeczy, woli zadowalać się przestarzałą teorią, którą łatwo wyłożyć i jeszcze łatwiej wyegzekwować. Przeciętny uczeń zna budowę i sposób rozmnażania pantofelka, ale nie wie co zrobić, w przypadku poparzenia skóry, ani jak działa jego własny organizm (w tym, jak uprawiać seks „domaciczny”). Zna proces przemiany Mickiewiczowskiego Gustawa w Konrada, ale nie potrafi napisać życiorysu. Potrafi wymienić oręż i uzbrojenie greckiego żołnierza z II wieku n.e, ale nie wie jakie zdarzenia i procesy doprowadziły do sytuacji, która rozgrywa się obecnie w jego kraju.

Istnieją dzieła, które każdy powinien znać i podstawy wiedzy o świecie, których nie można pominąć, lecz my wtaczamy dzieciom do głowy szczegóły, z których nigdy nie skorzystają, odmawiając im rzetelnej wiedzy na wiele ważniejszych tematów.

Przyczyna 2 – testy wyboru

Każdy ważny egzamin wieńczący kolejny szczebel przebytej edukacji kończy TEST. W efekcie, przez znaczna część szkoły uczymy się pisania pod klucz i malowania kratek z odpowiedzią B lub C. Pamiętaj, wolno wybrać tylko jedną! To jest bezpardonowe robienie z młodzieży baranów i szlifowanie ich pod określone, niekoniecznie dobre wzorce. Odzwyczaja od samodzielnego myślenia i samodzielnego składania myśli/redagowania tekstu. Jak ktoś, kto przez trzy szkoły malował kratki, może nagle napisać 30 stron rozprawy na zajęcia?

Wisława Szymborska poddała się raz takiemu testowi w ramach eksperymentu i oblała egzamin maturalny z analizy jej własnego wiersza. To sporo mówi o sensie odpowiedzi pod klucz.

Przyczyna 3 – hurtowa produkcja magistrów

Studia stały się dostępne dla każdego, co generalnie jest pozytywnym zjawiskiem. Na fali zapotrzebowania na uczelnie (każda ma swoje limity) powstało mnóstwo wyższych szkół niewiadomo-czego, a także dziwacznych kierunków. Na pierwszych będzie się uczył i zdawał każdy, kto zapłaci, na drugich zaś pojawią się bliżej niesprecyzowane treści (zarządzanie parafią, studia nad cierpieniem, kongwitywistyka, tybetologia, entofilologia kaszubska). Wykładowcy są zmuszeni dostosować kryteria przyjęcia, a później egzaminów do poziomu absolwentów, bo inaczej zostaliby w gmachach uczelnianych sami (i bez ministerialnych dotacji). Studenci, którzy kiedyś nie mieliby szans na zdanie semestru, teraz kończą studia. Pomaga im w tym technika – gdy szczęście sprzyja, cały egzamin można dosłownie spisać ze smartfona, a skopiowaną prace poprzeplatać białymi (czyli niewidocznymi) kropkami i przecinkami, aby antyplagiat nie wykrył tegoż sprytnego manewru. Widziałam też słuchawki na Bluetooth ukryte pod dużymi fryzurami, na których był nagrany sam student w formacie mp3, jak czytał na głos swojej notatki. Jeden temat= jeden utwór.

Przyczyna 4 – mądrości z internetów

Czwarta przyczyna łączy się poniekąd z trzecią – internet i powszechny dostęp do technologii na każdym kroku ogłupia nas zamiast poszerzać horyzonty. Od początku chodzenia do szkoły nie jesteśmy uczeni samodzielnego myślenia ani weryfikowania źródeł informacji. W efekcie wykształceni ludzie wierzą w płaską ziemię, szczepionki z martwych płodów powodujące autyzm, religię smoleńską, NWO, reptilian i bardzo wiele dziwacznych teorii spiskowych. Mark Zuckerberg miał zaklejoną kamerkę w laptopie? Też zaklejamy. Aktorka Megan Fox mówi, że na odchudzanie pije szklankę octu jabłkowego dziennie? Też pijemy – a potem rzygamy (fakt, pewnie można od czegoś takiego schudnąć). Bezkrytycznie wierzymy w pojawiające się na ekranie informacje i przekazujemy je dalej.

Nie umiem zrozumieć, dlaczego ktokolwiek woli publikować wyniki swoich badań krwi w sieci i przeglądając sto stron straszących rakiem lub zamawiać bliżej nieznaną chemię, zamiast zwyczajnie pójść do lekarza.

Nie rozumiem też dlaczego tak lawinowo rośnie popularność samozwańczych ekspertów a youtuba, których kompetencji nic nie potwierdza. Pierdolą tonem prawdy oczywistej, że tylko oni wiedza, jak to jest na tym świecie i większość z nich opowiada niestworzone, niczym niepoparte bzdury.

To niestety nie wszystko

Jak wiadomo, głupim społeczeństwem łatwiej rządzić, dlatego kolejne rządy usiłują nieco nas ogłupić, to zmieniając system edukacji, to kupując sobie media. Jednak obecnie poziom tego ogłupiania sięgnął zenitu; w myśl zasady „jak Cię złapią za rękę to mów, że nie Twoja” kłamią w żywe oczy i na każdy temat. Dowiadujemy się, że publiczna przegrana jest moralnym zwycięstwem, że kandydat SLD na prezydenta nie miał nigdy nic wspólnego z lewicą, a jak minister coś mówi, to w sumie może znaczyć cokolwiek. Wszystko to jest obłożone niespotykana dotąd dawką chamstwa.

-Nie chcemy tu dyktatury rowerzystów i wegetarian! – Rzekł raz Waszczykowski. Prawdziwy polak wpierdala węgiel? Dbanie o środowisko to w ogóle drażliwy temat. Nagle okazuje się, że smog nie istnieje, nawet jeśli go widzimy i nim kaszlemy, a Katowice to zielone miasto. „Efekt cieplarniany nie istnieje” – pokrzykują niektórzy, chodząc w krótkim rękawku pod koniec października.

– Jestem najbardziej prześladowaną osobą na świecie! – rzekła niedawno Melania Trump, pierwsza dama USA. Serio? Czy ona słyszała o istnieniu Korei Północnej lub jakiejkolwiek z bliskowschodnich wojen? Niedawno nawet odwiedziła Afrykę, jednak nic nie zaświtało. Niemniej, zwolennicy jej męża zapewne w to uwierzyli i współczują jej ciężkiego losu.

Te bzdury można by mnożyć bez końca. Ludzie nie czytają, nie sprawdzają, ślepo wierzą w to, co im wtłoczono do głów. Im większa ignorancja, tym większa pewność siebie w dyskusji.

Nie stworzymy dobrego i mądrego społeczeństwa, dopóki nie zaczniemy cenić wiedzy, nie wiary i faktów, nie schematów. A społeczeństwo to nie jest jakiś abstrakcyjny byt – to Ty, ja, mój sąsiad i Twój kolega z pracy. Od siebie musimy zacząć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *