Czasem miłość nie wystarcza

Dwójkę ludzi może łączyć gorące uczucie, które przewraca ich świat do góry nogami, lecz to wcale nie gwarantuje szczęśliwego i wspólnego zakończenia. Dlaczego czasami miłość nie wystarcza? Czy napewno gwałtowne zrywy można tak nazwać?

Aż do bólu

Już dawno zauważyłam, że wiele osób myli mocne emocje z zakochaniem/miłością. Skoro są nerwy, łzy, krzyki, nie śpicie przez siebie całą noc i nie możecie jeść cały dzień, nie kojarzycie co się dzieje w pracy i podczas zakupów w spożywaczaku – tak, to musi być TO. Magiczna, mityczna miłość, uczucie, które rozwala mury itepe. Uważamy, że silne emocje są dobrymi, podczas gdy ich toksyna ewidentnie nas wyniszcza. Może to właśnie dlatego tak wiele toksycznych par latami nie potrafi się rozstać?

Uzależniamy się od emocjonalnej huśtawki biorąc ją za motyle w brzuchu. Pomagają nam w tym głupie seriale, które kreują wzorzec związku „po przejściach”, gdzie można się nienawidzić i kochać jednocześnie, w końcu to takie poetyckie. Tylko życie to nie plan „Plotkary” i wcale nie wyjdziemy z czegoś takiego bardziej szczęśliwi, ani silniejsi.

Zjawisko aż się prosi o polecenie Freudem i analizowanie, jak dysfunkcyjne wzorce z domu rodzinnego, nieobecni ojcowie i zapracowane, wkurwione matki sprawiają, że nie umiemy poradzić sobie ze spokojnymi emocjami (jeśli czytają mnie psychologowie i się nie zgadzają, proszę od razu sprostować).

Spokojne lub stabilne wcale nie musi być złe, słabsze, ani mniej ważne – jednak bardzo ciężko się do tego przekonać. Chcemy pierdolnięcia i gromu z jasnego nieba, po czym nie potrafimy sobie z nim poradzić. Gdy rozwijamy relację spokojnie i powoli, szybko zaczynamy myśleć, że jest nudna. Czy szczęście nie może być spokojne?

 

Pełen pakiet

Sporo spotkałam ludzi uzależnionych od silnych i niekoniecznie dobrych emocji. Kolejne relacje ich wyniszczają i pozbawiają reszty uczuć, jakie można żywić do drugiej osoby. Mimo, że robią dokładnie odwrotnie niż zwolennicy marazmu, efekt bywa bardzo podobny. Żeby to było „TO” potrzebny jest tak zwany pełen pakiet. Z moją znajomą zauważyłyśmy, że należą do niego :

  • regularne awantury lub kłótnie (nie muszą być wulgarne)
  • nadużywanie alkoholu przez jedną stronę lub obie
  • dużo płaczu, dramatu, poczucia krzywdy lub winy
  • skoncentrowanie każdego aspektu życia wokół takiej relacji
  • niestabilność
  • szantaże emocjonalne
  • nieufność i sprawdzanie

Powyższe czynniki były obowiązkowymi elementami porządnego, licealnego związku i pewnie każdy z nas miał w swojej karierze chociaż jeden na tę modłę. Jednak 10 lat później to się kompletnie nie sprawdza.

Moja znajoma miała taką miłość życia. Kłócili się praktycznie cały czas i w każdym zdaniu. Chyba nawet się nie lubili jako ludzie – ale była pasja. Łzy i godzenie się. Udowadnianie sobie wzajemnie winy podczas romantycznych kolacji. Twierdzili, że się kochają, chociaż każde spotkanie kończyło się skrajnym zmęczeniem psychicznym, złością i bólem głowy. Wytrzymali tak około 5 miesięcy, aby odżyć już osobno.

Inna miała faceta, który ją regularnie i patologicznie okłamywał; udawał, że miał pracę, której nie miał, wpadał w długi, znikał bez śladu. Mimo wielkich, w tym publicznych awantur, miesięcy sprawdzania i pilnowania delikwenta i bardzo wielu łez oraz wyzwisk wracała do niego kilka razy – w końcu go kochała. Gdy w końcu naprawdę się rozstali, miesiącami nie mogła spać, jeść, ani się pozbierać. Ciężka cena za miłość.

Jedna z moich najbliższych przyjaciółek wytrwała ponad dwa lata z gościem, który ją regularnie poniżał, bo skubaniec musiał być tak zwanym panem sytuacji. Potem się jeszcze zrobił agresywny. Ona sama  tylko wie, ile łez wylała i ile potłuczonego szkła sprzątnęła w w imię tego uczucia.

 

Dość o samych paniach.

Miałam kolegę na studiach, którego dziewczyna po serii awantur i wzajemnego śledzenia się, tak bardzo chciała go do siebie przywiązać, że udała chorobę nowotworową. Gdy ściema wyszła na jaw, nastała kolejna fala wrzasków i dramatów, lecz uparcie ze sobą trzymali – w końcu ich związek przetrwał już takie kłopoty! Fakt, że sami je sobie zmalowali jakoś im umknął.

Mój przyjaciel z podstawówki funkcjonował w podobnej toksynie dobre 3 lata. Dziewczyna go obrażała i poniżała, zapraszała go do siebie, żeby go potem nie wpuścić i wyzywać przez okno, a on? Dzwonił do niej nawalony z płaczem i przeprosinami. Ciężko nam było chwilami nawet go żałować.

Pozostaje pytanie

Dlaczego to sobie cały czas robimy? Skoro wszyscy wierzymy, ze miłość to najlepsze i najważniejsze uczucie naszego życia dlaczego jednocześnie uważamy, że coś, co odbiera nam uśmiech na twarzy i ogólną radość może być właśnie nią? Bo było dobrze w łóżku? To można dostać od wielu osób. Bo było kilka miłych, wspólnych chwil? Jaki one stanowią procent tych przepłakanych?

Nie uwierzę, że relacje pełne przemocy, upokorzenia i smutku mogą nią być.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *